B24

Pomoc z końca świata

2014-08-31 B24

Warszawa, plac Krasińskich, 15 sierpnia 1944 roku, godzina 2:30.
Grupa kobiet z latarkami w rękach ustawiła się na placu w kształt strzały. Stały w milczeniu, uważnie nasłuchując. Wśród kakofonii strzałów i eksplozji starały się wyłowić odgłosy nadlatujących alianckich bombowców.
I doczekały się.
Od strony ulicy Miodowej z każdą sekundą narastał jednostajny szum silników Liberatora. Maszyna zbliżała się od strony Wisły lecąc dosłownie tuż nad dachami domów. Nagle pilot poderwał ją w górę. Zapewne chciał nabrać wysokości po to, by spadochrony zasobników mogły się otworzyć i ładunek spadł na ziemię nieuszkodzony.
Około dwustu metrów przed placem Krasińskich dwa niemieckie działka skoncentrowały ogień na bombowcu. Ich obsługa nie musiała nawet używać reflektorów – lecący samolot był doskonale widoczny w upiornej poświacie płonącego miasta.
Niemiecki ogień był celny. Kobiety czekające na zrzut na placu Krasińskich słyszały doskonale głuche odgłosy pocisków trafiających w kadłub Liberatora. Bombowiec jakby zamarł w powietrzu, po czym przechylił się na lewe skrzydło i runął na ulicę Miodową.Czytaj dalej

Pawiak. Zdjęcie z początku XX wieku.

Akcja „Pawiak”

Warszawa, Cmentarz Powązkowski, 19 lipca 1944 roku, godzina 23:00.
Podporucznik „Witold” zapalił kolejnego papierosa. Właściwie prawie nigdy nie palił. Jeśli już to tylko w chwilach najwyższego zdenerwowania. Czyli takich jak ta.
Większość grupy osłonowej wycofała się z cmentarza. Porucznik „Sawicz” zostawił tylko kilkunastu ludzi, którzy mieli za zadanie osłaniać ogniem więźniów Pawiaka, którym cudem udałoby się przedostać przez mury więzienia. No i nie ma sprawy! Mogą osłaniać! Tylko, kurna, czym???
Broń miała zostać przerzucona przez mur cmentarza w pobliżu jednej z bram. Okazało się jednak, że kręci się tam grupa gestapowców. No i co teraz? Czy kurierzy z bronią odnajdą nowe miejsce koncentracji oddziału?
„Niech to szlag!” – pomyślał „Witold” rzucając niedopałek na ziemię i przydeptując go obcasem.
Nagle po drugiej stronie cmentarnego muru rozległ się pisk hamulców ciężarówki. Trzy ciężkie torby upadły z chrzęstem na ziemię. Chwilę potem mur przeskoczył jakiś człowiek, którego „Witold” nie był w stanie rozpoznać. Zresztą pal go licho! Grunt, że jest broń!
Kilkunastu żołnierzy Podziemia dopadło trzech płóciennych toreb i w pośpiechu zaczęło wydobywać z nich broń i granaty.
- Halt!
Krzyk z drugiej strony cmentarza rozbrzmiał jak wystrzał. Rozległa się seria z karabinu maszynowego. Pociski uderzyły w mur tuż nad ich głowami.
W kierunku grupy Polaków zbliżała się tyraliera kilkudziesięciu niemieckich lotników.Czytaj dalej

Fregata HMS "Ariadne" - cel Operacji "Algeciras".

Argentyński sabotaż

Algeciras, południowa Hiszpania, 4 maja 1982 roku, godzina 11:00.
Właściciel wypożyczalni samochodów Manuel Rojas bardzo uważnie przyglądał się dwóm mężczyznom, którzy ponownie zawitali do jego firmy, by przedłużyć wynajem niewielkiego Datsuna, którego pożyczyli tydzień temu. Coś mu się w tych kolesiach nie podobało.
Nie wiedział jednak co…
Może ten dziwny akcent? Może fakt, że już po raz drugi płacili dolarami? A może to, że znowu się spóźnili – przecież telefonicznie jeden z nich umówił się godzinę wcześniej…
Kiedy wyjmowali pieniądze, by zapłacić za przedłużenie wynajmu samochodu jednemu z nich wypadły z kieszeni trzy pary kluczyków z przypiętymi do nich breloczkami. Manuel bez problemu rozpoznał loga dwóch konkurencyjnych wypożyczalni samochodów.
Po cholerę im tyle aut???
Czyżby ci kolesie byli z ETA?
Baskijska organizacja separatystyczna rozpoczęła niedawno nową falę ataków…
Manuel bez zmrużenia oka przyjął od klientów pieniądze i zanotował w dokumentach przedłużenie wynajmu samochodu.
Odprowadził nieznajomych wzrokiem, po czym podniósł słuchawkę telefonu i wykręcił numer 092.
- Halo! Policja?Czytaj dalej

Grób majora Tadeusza Burdzińskiego "Maliny" na Newton Stewart Cementery.

Grób Cichociemnego

Szkocja, miasteczko Newton Stewart, 10 sierpnia 2014 roku, godzina 13:00.
Żwir zazgrzytał pod kołami samochodu. Wjechałem powoli przez bramę starego cmentarza i zatrzymałem samochód w małej zatoczce. Wysiadłem i wyjąłem z bagażnika znicz oraz parasol.
Prognoza pogody nie nastrajała bowiem optymistycznie – tego dnia w zachodnie wybrzeże Szkocji miały uderzyć resztki huraganu Berta. Narazie nie padało, ale ołowiane niebo było widocznym znakiem, że może się to w każdej chwili zmienić.
Zacząłem wędrować cmentarnymi alejkami zatrzymując na moment wzrok na każdym nagrobku.
Doszedłem tak do końca cmentarza. I nie znalazłem tego, którego szukałem….
Zacząłem więc poszukiwania jeszcze raz.
Wreszcie – jest!
Zgodnie z prawem Murphy’ego grób leżał w najdalszej części cmentarza, którą ominąłem za pierwszym razem.
Na nagrobku widniał nieco zniszczony przez czas napis:
„Tadeusz S. Burdzinski
Late Major of Polish Forces”
Zapomniany grób Cichociemnego.Czytaj dalej

Sten (poniżej) i Błyskawica (w centrum) w zbiorach Muzeum Powstania Warszawskiego.

Błyskawica – wymarzona broń powstańca

Warszawa, ulica Niska, 11 sierpnia 1944 roku, godzina 10:00.
Niewielki oddział powstańczy poruszał się skokami po obu stronach ulicy. Kilkadziesiąt metrów przed nim szedł zwiadowca, który co chwila wspinał się na gruzy piętrzące się po lewej stronie, uważnie lustrował otoczenie, po czym ręką dawał towarzyszom znak, że mogą posuwać się naprzód.
Na niebie nie było ani jednej chmurki, a słońce zaczynało już mocno przygrzewać. Powstaniec otarł pot z czoła rękawem niemieckiej kurtki mundurowej i zaczął się wspinać na wyjątkowo wysoką hałdę gruzów. Przystanął w jej połowie, bowiem zdawało mu się, że usłyszał jakiś gardłowy głos. Po chwili jednak kontynuował wspinaczkę. Kiedy dotarł do szczytu hałdy przed jego oczami rozpostarł się straszny widok – teren byłego getta żydowskiego, którego mieszkańcy przed ponad rokiem stanęli do beznadziejnej walki był teraz zagruzowaną pustynią.
Nagle drgnął.
U stóp hałdy stało kilku niskich żołnierzy o azjatyckich rysach twarzy. Mieli na sobie niemieckie mundury i byli obwieszeni taśmami nabojów do karabinów maszynowych. Na widok postaci, która pojawiła się na szczycie hałdy zamilkli i znieruchomieli.
„Kałmucy” – pomyślał powstaniec.
Istotnie, byli to członkowie 111. Azerbejdżańskiego Batalionu Polowego wchodzącego w skład brygady dowodzonej przez potwora w ludzkiej skórze Oskara Dirlewangera. Ludność Warszawy natychmiast obdarzyła ich mianem Kałmuków.
Byli nie mniej zaskoczeni, niż on. Na całe szczęście powstaniec nie miał na ramieniu biało-czerwonej opaski. Widząc człowieka w niemieckim hełmie, niemieckiej kurtce i trzymającego w ręku pistolet maszynowy do złudzenia przypominający MP-40 jeden z Kałmuków zapytał:
- Deutsche?
Powstaniec pewniej ujął w dłoniach pistolet.
- Ja, ja!  Deutsche! – odparł spokojnie i nacisnął spust.Czytaj dalej

Fot. www.pinterest.com

Nóż kontra pistolet

Indie, Zachodni Bengal, 2 września 2010 roku, godzina 0:30.
Pociąg ekspresowy z Hatii do Gorakhpuru pędził przez dżunglę zbliżając się do granicy stanu Bengal Zachodni z Dżarkandem. Pasażerowie stłoczeni w niewielkich przedziałach drzemali lub rozmawiali szeptem nie chcąc obudzić towarzyszy podróży.
Nagle rozległ się pisk hamulców i cały skład  gwałtownie się zatrzymał. Na zaskoczonych pasażerów posypał się grad bagaży z półek umieszczonych pod sufitem.
Nie mieli nawet czasu, by zaklnąć, gdy do wagonu wpadło kilkadziesiąt uzbrojonych postaci.
- Wyskakiwać z kasy! Ale już! Dawaj portfel! I laptopa też! – wnętrze wagonu wypełniła kakofonia bandyckich wrzasków.
Grożąc pasażerom bronią bandyci pośpiesznie zabierali im wszystkie wartościowe przedmioty.
W przedziale pośrodku wagonu siedział dość niski 35-letni mężczyzna. Bez słowa wyjął z kieszeni portfel i telefon komórkowy, po czym wręczył je zamaskowanemu przestępcy. Bandzior wcisnął przedmioty do kieszeni i nagle zatrzymał wzrok na młodej dziewczynie siedzącej naprzeciwko mężczyzny. Ta widząc go schowała się za starszego człowieka – zapewne jej ojca.
- Ej, nie bój się, laleczko! – zaśmiał się chrapliwie bandyta, chwycił dziewczynę za ramię i rzucił na podłogę. Potem przygniótł ją kolanem i zaczął zrywać z niej ubranie. Krzyk dziewczyny mroził krew w żyłach. Jej rodzice siedzieli jak sparaliżowani.
Mężczyzna siedzący naprzeciw powoli sięgnął za siebie, jak gdyby chciał wyciągnąć z kieszeni jeszcze jeden przedmiot…Czytaj dalej

Pierwszy lew zastrzelony przez Pattersona.

Ludojady z Tsavo

Okolice rzeki Tsavo, Brytyjska Afryka Wschodnia, 9 grudnia 1898 roku, godzina 8:00.
- Bwana! Bwana! Simba! Simba!
John Patterson wyszedł przed zeribę i zobaczył dwóch lokalnych tragarzy biegnących w jego kierunku. Zatrzymali się dysząc ciężko. Oficer spojrzał na twarze Murzynów – były popielate z przerażenia.
- Co się stało? – spytał.
Zaczęli się wzajemnie przekrzykiwać i wymachiwać rękami. Podpułkownik przywołał na pomoc całą swoją wątłą znajomość języka suahili starając się zrozumieć cokolwiek z ich bezładnej paplaniny.
Po chwili wiedział mniej więcej co się stało. Oto dwa lwy, które od niemal roku terroryzowały okolicę zaatakowały ponownie. Wkradły się do obozu hinduskich kulisów nad rzeką, na szczęście jednak nie zdołały zabić żadnego z ludzi. Zadowoliły się jednym z osłów pasących się niedaleko namiotów. W tej chwili właśnie konsumowały swoją zdobycz.
Oficer zmarszczył brwi. A więc nareszcie! W końcu ma szansę spotkać sie z nimi oko w oko! Nie może jej zmarnować! A więc trzeba działać szybko…
Wpadł jak burza do namiotu i podbiegł do stojaka z karabinami. Zawahał się na sekundę.
Czy ma wziąć swój wypróbowany karabin .303 Lee Enfield, czy też raczej ciężki dwulufowy sztucer, który zostawił mu komendant Farquhar?
Chwycił sztucer, wybiegając z namiotu porwał ze stołu pudełko amunicji i pobiegł co sił za Murzynami.
Dogonił ich, zatrzymał i polecił iść za sobą zachowując całkowitą ciszę.
Powoli skradali się przez busz. Po chwili do ich uszu doszły odgłosy uczty drapieżników – trzask kości łamanych w potężnych szczękach, nieprzyjemny dźwięk rwanego ciała i pomruk zaspokajającego głód lwa-ludojada. W powietrzu czuć było woń krwi.Czytaj dalej