pasta2

Zdobyć PASTę

2012-05-14 pasta2

Warszawa, ulica Zielna róg Próżnej, 20 sierpnia 1944 roku, godzina 3:00.
W piwnicy było ciemno choć oko wykol. Rozległ się trzask zapałki i pojedynczy płomień oświetlił wnętrze nikłym blaskiem. Pod ścianami stało kilkudziesięciu ludzi z biało-czerwonymi opaskami na ramionach trzymających w rękach przeróżną broń – od powstańczych błyskawic, przez brytyjskie steny, amerykańskie thompsony, aż po zdobyczne niemieckie MP-40. W słabym świetle płonącego drewienka te postaci wyglądały jak duchy. Uzbrojone duchy.
Do płonącej zapałki zbliżyły się końcówki kilku papierosów. Powstaniec zdmuchnął mały płomień i w piwnicy znowu zapanowała nieprzenikniona ciemność. Ogniki papierosów zaczęły wędrówkę od ust do ust.
Na schodach prowadzących do piwnicy rozległ się tupot. Do pomieszczenia wpadł jeszcze jeden powstaniec. Stanął pod ścianą i zaczął na głos odliczać.
- …ście, siedemnaście, osiemnaście, dziewiętnaście, dwadzieścia… Przygotować się! Mamy jeszcze dziesięć sekund!
Po dziesięciu sekundach gmachem wstrząsnęła potężna eksplozja. Budynek zakołysał się, a powstańcy mieli wrażenie, że za moment sufit spadnie im na głowy. Zaczęli gwałtownie kasłać – piwnicę wypełniły tumany kurzu i pyłu.
- Naprzód!Czytaj dalej

Beyer G. Deutsches Bundesarchiv1

Śmierć miasta

Faldingworth, Lincolnshore, środkowa Anglia, 13 lutego 1945 roku, godzina 13:00.
Obsługa lotniska uwijała się jak w ukropie wokół olbrzymich bombowców Lancaster należących do polskiego dywizjonu. Mechanicy robili ostatni przegląd silników, sprawdzali zapas amunicji do karabinów maszynowych i działanie instalacji elektrycznych. Do samolotów podjechały wózki z bombami. Przeważały wśród nich niewielkie bomby zapalające ułożone w wiązki. Mężczyźni w szarych drelichach zaczęli wciągać je do luków bombowych zastanawiając się, dla którego z niemieckich miast są przeznaczone…
Do sali odpraw wszedł brytyjski oficer niosący plik dokumentów pod pachą. Stanął za niewielkim biurkiem mając za sobą olbrzymią mapę Niemiec i podniósł wzrok. Przed nim siedziało kilkudziesięciu ludzi w skórzanych kurtkach – to piloci, nawigatorzy i bombardierzy z 300. Dywizjonu Bombowego „Ziemi Mazowieckiej”. Lubił ich. Kilkunastu z tych chłopaków poznał osobiście. Teraz jednak wyglądali jakoś inaczej. Może to złudzenie, lecz… wydawało mu się, że patrzyli na niego z nienawiścią. Ale dlaczego?
Rozłożył dokumenty na biurku, wziął do ręki wskaźnik i zaczął mówić.
- Celem dzisiejszego nalotu jest Drezno. Nasza operacja ma ułatwić natarcie radzieckiej Armii Czerwonej, która zbliża się do miasta od…
Nie dokończył. Pomruk wściekłości na sali w ciągu sekundy zamienił się niemal w krzyk. Zaszurały odsuwane i przewracane krzesła. Kilkudziesięciu mężczyzn miotających przekleństwa po polsku i angielsku wyszło z sali.
Brytyjski oficer był w szoku.
O co tym Polakom chodzi???Czytaj dalej

szpon1

Złamany Szpon

Pustynia Dasht-e-Kavir, 300 kilometrów na południowy wschód od Teheranu, 25 kwietnia 1980 roku, godzina 1:30.
Na środku irańskiej pustyni panował ruch jak na nowojorskim Times Square. Mrok bezksiężycowej nocy rozjaśniały przenośne reflektory ustawione wokół czterech potężnych samolotów transportowych tworząc świetlny krąg. Kilkadziesiąt umundurowanych postaci uwijało się wokół maszyn jak w ukropie. Wynosili z wnętrz Herculesów przeróżny sprzęt, żywność, skrzynie z amunicją i broń. Dużo broni.
Inna grupa komandosów operowała poza kręgiem światła. Ich zadaniem było skanowanie otoczenia i zapewnienie bezpieczeństwa kolegom wyładowującym sprzęt potrzebny do akcji.
Dwóch komandosów od dłuższej chwili wpatrywało się w ciemność okrywającą pustynię. W oddali pojawił się maleńki świetlny punkcik, który rósł z każdą sekundą. Do ich uszu dotarł warkot silnika.
Obydwaj żołnierze natychmiast padli na ziemię. Ktokolwiek porusza się tym pojazdem musi zginąć.
Kiedy ciężarówka znalazła się w odległości kilkudziesięciu metrów jeden z komandosów puścił długą serię z M-16 w kierunku kabiny. Drugi sięgnął po granatnik przeciwpancerny M-72. Zdjął zaślepki z obu końców, rozsunął dwie koncentryczne rury, celował przez sekundę i nacisnął spust. Z tyłu wyrzutni pojawił się niewielki strumień ognia i pocisk z głowicą kumulacyjną pomknął na spotkanie celu.
Nad pustynią wyrosła olbrzymia kula ognia, a huk eksplozji odbił się echem od gór okalających pustynię. Ciężarówka była cysterną pełną paliwa.
Gorący podmuch zmusił komandosów do wtulenia twarzy w piasek. Nie zauważyli, że na moment przed eksplozją kierowca cysterny wyskoczył z kabiny i pobiegł do jeepa jadącego za nią. Samochód natychmiast zawrócił i zniknął w mroku.Czytaj dalej

Hmong2

Zapomniani sojusznicy

Południowy Laos, kwiecień 1966 roku.
Gałęzie drzewa boleśnie smagały twarz pilota. Na szczęście spadochron zaczepił o jakiś większy konar i zahamował spadek pechowego lotnika.Wisiał teraz na pasach kilka metrów nad ziemią i starał się wydobyć nóż ukryty w cholewie buta. Po poranionej twarzy spływały strużki krwi.
W końcu zdołał wydostać nóż i objąwszy prawą ręką najbliższy konar, lewą zaczął ostrożnie przecinać parciane paski. Uwolniwszy się od spadochronu powoli zsunął się po pniu na ziemię starając się robić jak najmniej hałasu.
Usiadł pod drzewem, wytarł zakrwawioną twarz i rozejrzał się dookoła.
Wyjął z kieszeni plastikową butelkę z wodą i wypił kilka łyków. Nożem rozciął ostrożnie podszewkę kombinezonu i wydobył mapę Laosu wydrukowaną na kawałku płótna. Usiadł, rozpostarł ją na kolanie i zaczął uważnie studiować.
Nagle w krzakach coś zaszeleściło. Pilot zerwał się na równe nogi i sięgnął po pistolet. Kilkanaście kroków od niego z krzaków wychyliła się jakaś postać. Pilot wycelował pistolet i już miał nacisnąć spust, kiedy zauważył broń tamtego. Skośnooki partyzant trzymał w rękach amerykański karabin M-16. A na dodatek uśmiechał się przyjaźnie. Zawołał coś w swoim gardłowym języku i po chwili z krzaków wyłoniło się kilka innych postaci.
Pilot odetchnął z ulgą.Czytaj dalej

widaj_2

Sądowy morderca

Areszt Śledczy Warszawa-Mokotów, ul. Rakowiecka 37, 7 kwietnia 1950 roku, godzina 14:00.
Kalifaktor z trudem pchał wózek, na którym znajdował się ogromny kocioł z parującą zupą. Podjechał pod drzwi celi. Strażnik podszedł, otworzył je na ościerz i cofnął się pod ścianę. Więzień funkcyjny rozpoczął wydawanie obiadu. Odbierał od osadzonych żelazne miski, napełniał zupą i oddawał właścicielom. Do kotła podszedł niski, krępy mężczyzna i podał kalifaktorowi swoje naczynie.
- Skalski, odstaw zupę. Pójdziesz ze mną – odezwał się nagle strażnik.
Mężczyzna spojrzał na niego, cofnął się do celi, położył miskę z zupą na pryczy i wyszedł na korytarz.
- Szybciej, szybciej – popchnął go strażnik.
Na końcu korytarza znajdowała się otwarta cela. Mężczyzna wszedł do środka i zobaczył trzech ludzi siedzących na pryczach, z których jeden miał na sobie mundur z dystynkcjami majora, a pozostali byli cywilami.
Bez słowa, ruchem głowy major wskazał więźniowi sedes znajdujący się w rogu celi. Mężczyzna usiadł na klapie.
Najpierw przemawiał jeden z cywilów. Z jego ust posypały się te same oskarżenia, które mężczyzna słyszał wielokrotnie podczas śledztwa. Szpiegostwo na rzecz Londynu i Waszyngtonu, próba obalenia ustroju państwa itp. itd. Były tak absurdalne, że mężczyzna przestał ich słuchać. Wyłączył się i poświęcił całą uwagę na studiowanie odrapanych ścian celi.
Cywil w końcu przestał mówić. Głos zabrał major. Również i jego przemowę mężczyzna puszczał mimo uszu. Przynajmniej do chwili, kiedy padły słowa:
„…na karę śmierci, utratę praw publicznych oraz przepadek mienia na rzecz skarbu państwa”.
Spodziewał się takiego wyroku, a jednak po plecach przeszedł mu dreszcz.
Cywile i oficer wstali.Czytaj dalej

IMG_0251

Lotnisko, cmentarz i bunkry

Montrose, Szkocja, 6 kwietnia 2012 roku, godzina 13:00.
- Come in, please!
Pchnięte drzwi otworzyły się ze skrzypnięciem. Pokoik był maleńki i zagracony po sufit. Dopiero po chwili zauważyłem małego staruszka siedzącego w rogu przed ekranem komputera. Wszedłem do środka, zamknąłem drzwi i pokrótce wyjaśniłem kim jestem i w jakiej sprawie przyjechałem.
- Aaaaaa… To Pan dzwonił kilka dni temu w sprawie polskich pilotów! – staruszek od razu skojarzył – Proszę pójść za mną, zaraz Pana oprowadzę.
Kiedy wyszliśmy na korytarz nagle odwrócił się i dodał:
- Może zainteresuje Pana jeszcze jedna sprawa. Na południe od Montrose znajdują się stare bunkry zbudowane przez polskich saperów. Na niektórych zachowały się nawet napisy po polsku.Czytaj dalej

HanoiHilton

Hanoi Hilton

Hanoi, więzienie Hoa Lo, wrzesień 1968 roku.
Cela miała najwyżej dwa metry długości i tyle samo szerokości. Nie było w niej okna, ani żadnych otworów wentylacyjnych – panował w niej potworny zaduch. W jednym kącie stało wiadro bez pokrywki wypełnione ekskrementami, które wylewały się z niego tworząc sporą kałużę. Poza tym cela była pusta – żadnej pryczy, stolika, czy najprostszego materaca. Nic oprócz betonowej podłogi i odrapanych ścian.
W rogu celi siedziała brudna, skulona postać odziana w podarte łachmany. Przez dziury widać było poszarzałą skórę gęsto pokrytą wrzodami.
Na korytarzu rozległy się kroki strażników. Postać skuliła się jeszcze bardziej i wcisnęła w kąt celi najmocniej jak mogła.
Szczęknął zamek u drzwi i do celi weszło dwóch Wietnamczyków. Jeden z nich z całej siły kopnął skulonego jeńca, a drugi zaczął wywrzaskiwać jakieś komendy. Po chwili on też zaczął kopać.
Jeniec leżał bez ruchu na podłodze i w milczeniu przyjmował ciosy. Wietnamczycy położyli go na brzuchu, wykręcili ręce i skrępowali je zaciskając węzeł z całej siły. W podobny sposób związali stopy w kostkach. Potem naciągnęli skrępowane dłonie nieszczęśnika do kostek i związali razem.
Po wymierzeniu jeńcowi kilku dalszych kopniaków wyszli z celi.
Jeniec powoli otworzył oczy i spojrzał na zamknięte drzwi. Sznur odciął dopływ krwi do dłoni i stóp, które po chwili zdrętwiały tak, że przestał je czuć. Zamknął oczy.
„Pora zacząć wylewać fundamenty” pomyślał.Czytaj dalej